czwartek, 04 listopada 2010
Która płeć jest tą piękną?

Jest sobie taki głupi dowcip: Dlaczego kobiety noszą buty na obcasach, malują się i używają perfum? – Bo są niskie, brzydkie i śmierdzą. I choć to tylko prymitywny kawał, to zaskakująco trafnie określa powszechny stosunek do kobiet oraz ich roli. W bardziej dżentelmeńskim towarzystwie kobiety nazywane są płcią piękną. Czasami same się na to oburzamy, nie chcąc być sprowadzane do roli pięknych i delikatnych istot, owianych powiewem tajemnicy, będących ozdobą i przedmiotem męskiej czci. W takim świecie różnice między płciami są sztucznie podkreślane, właściwie wszystko jest sztuczne – mężczyźni udają, że nie mają pojęcia o wszystkich zabiegach, które kobiety wykonują, by pozostawać dla nich piękne, kobiety zaś udają, że tych zabiegów nie potrzebują i piękne są z natury. Dopóki obydwie strony utrzymują ten stan, wszystko się kręci. Wystarczy jednak otwarcie przyznać się do tego, że uważa się całą tę mistyfikację za zbędną i krzywdzącą, żeby nagle wszystko obróciło się o 180 stopni.

Która płeć w takim razie jest tą piękną? Bo wygląda na to, że kobieta jest piękna, pod warunkiem, że:

– maluje się

– depiluje całe ciało poza głową

– seksownie się ubiera

– porusza się w kuszący sposób

– dba o figurę

– i dodatkowo jeszcze przejawia wszystkie te urocze, przypisywane kobiecości cechy, jak wdzięk, delikatność, uległość, subtelność itp.

Jeżeli kobieta nie spełnia powyższych kryteriów, traci prawo do nazywania się płcią piękną. Co więcej, jest piętnowana, musi wysłuchiwać, że jest zaniedbana, obrzydliwa, niekobieca i dla dobra ogółu nie powinna w ogóle publicznie się pokazywać.

Tymczasem mężczyzna, przedstawiciel płci brzydkiej, może spokojnie i bez żadnych krępacji chodzić zarośnięty i nie dbać o strój, nie mówiąc już o takich sprawach jak seksowny chód i makijaż, i w żaden sposób nie wyklucza go to z życia w społeczeństwie*. Co więcej, wiele kobiet uważa to za całkiem pociągające. Jak to jest, że męskie nogi, porośnięte grubym czarnym włosiem są czymś normalnym i nie wzbudzającym kontrowersji, podczas gdy znacznie delikatniejszy kobiecy zarost w tym miejscu jest uważany za coś obrzydliwego i powodującego natychmiastową chęć pozbycia się śniadania?

Prowadzi to do wniosku, że tak naprawdę płcią piękną są mężczyźni – bo, nawet nic ze sobą nie robiąc, są dla nas seksowni i pociągający. Tymczasem kobiety muszą się bardzo postarać, by nie wyglądać obrzydliwie i by można je było akceptować. Tylko co w takim razie z tą częścią kobiet, która takiego poglądu nie podziela? Nie ma dla niej miejsca ani w delikatnej i subtelnej oazie kobiecości, ani także w twardym i męskim świecie. I to właśnie o takich kobietach pogardliwie mówi się „trzecia płeć”, bo mają czelność nie dostosowywać się do narzucanych im wymogów. Taka klasyfikacja krzywdzi nie tylko kobiety (zarówno te, ktore ulegają tym wymaganiom, jak i te, które tego nie robią, kosztem kwestionowania ich kobiecości), ale także mężczyzn, którzy nie zgadzają się z takimi kryteriami. Sama byłam świadkiem dyskusji na pewnym forum, w której mężczyzna bronił kobiet nie uznających depilacji i twierdził, że jemu niewydepilowania kobieta nie przeszkadza, a wręcz go pociąga. Konkluzja tej dyskusji była taka, że kobiety nazwały go zboczeńcem, a mężczyźni pedałem. Wygląda więc na to, że kobieta nie dbająca o siebie w sposób powszechnie uznawany za konieczny, nie ma prawa podobać się mężczyznom, a jeśli się jednak podoba, to nie jest to prawdziwy mężczyzna. Wyjaśniwszy to sobie i obrzuciwszy stosownymi obelgami tego ohydnego kobietona, urągającego własnej płci oraz tego głupiego zboczka, możemy wracać do naszego ślicznego i poukładanego świata. I niech marsjańsko-wenusjański cyrk dalej się kręci.

*Ktoś w tym miejscu moze mi zwrócić uwagę, że w dzisiejszych metroseksualnych czasach mężczyźni coraz częściej odczuwają presję zadbanego wyglądu i to tylko kwestia czasu, kiedy obydwie płcie będą tak samo zniewolone koniecznością wykonywania upiększających zabiegów. Nie sądzę jednak, by był to dobry kierunek. Nie chodzi wszak o taką sprawiedliwość, by wszyscy musieli skubać, nawilżać i smarować, ale by nikt skubać i smarować obligatoryjnie nie musiał.

środa, 20 października 2010
Jak być ideałem (krótki poradnik).

Witaj. Chcesz być kobietą idealną? Na pewno chcesz, choć może jeszcze o tym nie wiesz. Przecież wszystkie chcemy takie być. Dobrze, że tutaj trafiłaś – dowiesz się, co musisz zrobić, by stać się ideałem, przedmiotem męskich westchnień i kobiecej zazdrości, cudem opiewanym w arcydziełach współczesnej kultury, zwanych kolorowymi magazynami, wzorcem i szablonem, do którego dokrajane będą kolejne pokolenia kobiet. Nie jest to proste, ale przecież w imię bycia ideałem jesteśmy gotowe na wiele pracy i wyrzeczeń. A trochę tego będzie. Kobieta idealna bowiem:

ma wszystko pod kontrolą, ale potrafi tę kontrolę stracić, by być zabawna i cieszyć się życiem
ma czas na wszystko, ale także i dla siebie
pracuje i (dobrze) zarabia w zawodzie, ktory daje jej satysfakcję i pozwala się rozwijać (praca w koroporacji jest mało pożądana, do kobiety idealnej znacznie lepiej pasuje jakiś własny, najlepiej oryginalny biznes)
żyje w spełnionym związku, ale jednocześnie jest wolnym duchem, otwartym na nowe wrażenia
ma dzieci (najlepiej dwójkę), ale nie poświęca im każdej wolnej chwili i w niczym nie przypomina naszych matek, miotających się między zlewem a pralką
ma czas na własne pasje, ale muszą one być jak najbardziej wymyślne i rozwijające (telewizja i playstation odpadają, warte uwagi są natomiast wszelakie kursy językowe, na przykład włoskiego, japońskiego czy hindi, medytacje i szkoły świadomego życia, tai-chi i tańca współczesnego)
jest do pewnego stopnia niszowa, nie słucha popularnych stacji radiowych, od multipleksów woli kameralne kina z atmosferą i ambitnym repertuarem, nie lubi zakupów i galerii handlowych
wszystko, co robi, musi jej przychodzić naturalnie i nie wolno jej się tym zbytnio ekscytować (wzmianki o kursie skoków na spadochronie musi zgrabnie wplatać między anegdotki o swojej pracy a luźne rozmowy na temat najlepszego sposobu na suflet)
rzecz jasna, musi gotować (a właściwie mieć pasję kulinarną), oczywiście zdrowo i wykwintnie, bez kostek rosołowych i glutaminianu sodu, za to z prowansalską bazylią, brazylijskimi orzechami i palczatką cytrynową
dba o siebie, ale w taki sposób, że nikt tego nie widzi (gładkie nogi mam z natury, do twarzy używam tylko kremu nivea, a do włosów surowego jajka)
wydaje fortunę na markowe ciuchy, które wyglądają identycznie, jak z osiedlowego butiku albo, wręcz przeciwnie, ubiera się tylko w second-handach (jak ognia unikając słów „tania odzież”), bo tylko tam można znaleźć cokolwiek oryginalnego i z duszą
ma świetnie urządzony dom, bez śladu brudu i kurzu, mimo to nigdy nie widziano jej ze ścierką
w związku jest partnerką, ale zarazem tajemnicą
wszystko, co może, robi sama, począwszy od pieczenia chleba, przez samodzielne szycie ubrań i wyrób biżuterii, aż po wszelkie te rzeczy, do których niezaradne miernoty potrzebują męskiej pomocy
jest szczupła, ale bez jakiejkolwiek diety (w końcu nie ma nic seksowniejszego niż kobieta jedząca czekoladki w białej, satynowej pościeli)
wygląda zjawiskowo nawet w deszczową pogodę na Giewoncie (a na jej twarzy maluje się wyłącznie radość z powodu aktywnego spędzania czasu)
nie tłumi swoich uczuć, ale okazuje jedynie te pozytywne
ZAWSZE ma czas, siłę i ochotę na seks
wszystko powyższe traktuje jako absolutną normę i nigdy nie przyznaje się, że cokolwiek wymaga od niej wysiłku (kochana, mogłabym robić znacznie więcej, ale niestety moje lenistwo mi nie pozwala)
i jeszcze wszystko to musi osiągnąć przed trzydziestką.

Powyższa lista nie jest jeszcze wyczerpująca, ale na początek wystarczy. Jeżeli do tej pory twoje życie ci wystarczało, teraz już nie masz wyjścia
musisz zaakceptować konieczność zmian. Inaczej będziesz przegraną ofiarą losu, nudną kurą domową bez żadnego celu w życiu, kanapową paszteciarą, która, prędzej czy później, zostanie porzucona. Jeśli jednak uważasz, że spełniasz powyższe wymagania, to nawet wtedy nie bądź zbyt pewna siebie facet i tak może (i ma święte prawo) cię zostawić, bo dojdzie do wniosku, że jesteś w tym wszystkim zbyt mało (lub za bardzo) wyluzowana, poświęcasz mu za mało (bądź też za dużo) czasu albo zbyt wiele od niego wymagasz (lub też, wręcz przeciwnie, czuje się niepotrzebny). Jeżeli tak się stanie, przyjmij tę drobną porażkę z godnością, jak przystało na ideał. I pędź do przodu, pędź dalej, pędź!

PS. Jeżeli przeoczyłam jakiś punkt w mojej wyliczance, będę bardzo wdzięczna za uświadomienie ;)

niedziela, 08 sierpnia 2010
Kobieta kobiecie wilczycą.

Czy się do tego przyznajemy, czy też nie, dla większości z nas opinia innych ludzi jest dość istotna. Niekiedy jeden nieprzyjemny komentarz czy choćby krytyczne spojrzenie potrafią zburzyć całą naszą mozolnie budowaną pewność siebie. I chociaż każda z nas doskonale zdaje sobie z tego sprawę, to właśnie my, kobiety, jesteśmy dla innych kobiet najbardziej krytyczne.

Mówi się, że największym wrogiem kobiety jest inna kobieta. Coś w tym jest. Podczas gdy mężczyznom ładna buzia lub para odsłoniętych zgrabnych nóg potrafi przesłonić kobiece wady, nasze bystre oko wychwyci wszelkie jej niedoskonałości, takie jak cellulit, braki w depilacji czy też makijażu. Zrozumiałe zatem, że w towarzystwie samych kobiet wcale nie odpuszczamy sobie dbania o wygląd; wręcz przeciwnie, wybierając się do klubu fitness czy choćby na kawę z koleżankami staramy się wyglądać jak najlepiej.

Ciężko się temu dziwić. W dzisiejszym bezwzględnym świecie wygląd często bywa naszym najważniejszym kapitałem. Kobiety toczą między sobą swego rodzaju wyścig zbrojeń, starając się przykuwać uwagę i wyróżniać się (rzecz jasna, pozytywnie) na tle innych. Ponieważ doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jakie wysiłki musimy podejmować, by sprostać obecnym wymaganiom dotyczącym dbania o urodę, z łatwością potrafimy ocenić stopień tego zadbania u innych.

Czy w związku z tym jednak nie powinnyśmy być zadowolone, widząc kobietę mniej zainteresowaną swoim wyglądem niż my same? W końcu każda mniej atrakcyjna osobniczka to tak jakby jedna potencjalna konkurentka mniej. Wydawałoby się więc, że najkorzystniejszym dla nas zachowaniem byłoby raczej utwierdzanie takich kobiet w ich poczuciu atrakcyjności, a nie uświadamianie im ich braków. Dlaczego zatem wiele z nas jest tak bardzo krytycznych w stosunku do innych kobiet?

Powodów może być wiele, ja wyróżniłabym dwa z nich. Po pierwsze, jest to kwestia przynależności. Widać to zwłaszcza w miejscach otwartych, a zarazem dających poczucie anonimowości, takich jak sieć internetowa. Pod plotkarskimi artykułami traktującymi o wadach celebrytów roi się od krytycznych komentarzy. Bardzo łatwo jest dać się ponieść tej fali i rzucić jakimś kamyczkiem od siebie. Pisząc coś przeciwnego narażamy się na to, że inni uznają nas za brzydkie, grube, zaniedbane kompleksiary, szukające pocieszenia, że wcale takie nie są. A przecież my nie chcemy być wrzucone do tego wora. Wolimy raczej tworzyć front tych zadbanych i pachnących, dla których perfekcyjny manicure i codzienna depilacja są równie naturalne co oddychanie. Wolimy identyfikować się z tą atrakcyjniejszą częścią świata, dlaczego zatem miałybyśmy stawać po stronie tych gorszych?

Drugim powodem może być także zawiść. Zapewne kobiety scharakteryzowane powyżej w tym momencie zapytałyby oburzone: "a czegóż to ja miałabym zazdrościć tym brzydkim i zaniedbanym pasztetom?”. Otóż większość z nich, z powodu obracania się w specyficznym towarzystwie, własnego perfekcjonizmu, a przede wszystkim medialnej papki wciskanej nam z każdej strony, ma zakodowane, że pewne zabiegi pielęgnacyjno-urodowe (depilacja, opalanie, codzienny makijaż i ciągłe kontrolowanie wagi) są kobiecą powinnością i nie ma co nad tym dyskutować. Wydaje im się to taką samą koniecznością jak poranne śniadanie czy wieczorna kąpiel i nawet nie zastanawiają się nad tym, że mogłyby żyć inaczej. Kiedy zatem widzą kobietę poświęcającą na dbanie o swój wygląd znacznie mniej energii, co gorsza, szczęśliwą i cieszącą się powodzeniem, mogą odczuwać zazdrość. W końcu to nie jest sprawiedliwe, że my codziennie staramy się być boginiami, odmawiamy sobie wielu przyjemności, w zamian za to cierpiąc katusze u kosmetyczki i utykając na wysokich obcasach, a tymczasem pojawia się taka zwykła śmiertelniczka ze zwyczajną figurą, bez starannie wymodelowanej fryzury, w przypadkowo dobranym stroju i jeszcze ma czelność być zadowolona z siebie i dodatkowo adorowana przez mężczyzn. Można się wkurzyć. Nic więc dziwnego, że wiele kobiet odczuwa potrzebę uświadomienia takiej osobie jej własnych niedoskonałości, odebrania jej pewności siebie, wciągnięcia jej w ten wyścig zbrojeń, by nie czuła się dłużej dobrze w swoim dalekim od perfekcji ciele.

Warto się więc czasem zastanowić, czy i my nie współtworzymy tych więzów, które nas ograniczają. Czy to czasem nie my same bywamy katalizatorami kompleksów innych kobiet. Być może całkiem nieświadomie wciągamy siebie nawzajem w niekończącą się spiralę wymagań i oczekiwań. Warto przyjrzeć się naszemu sposobowi myślenia – możemy sobie nie zdawać z tego sprawy, ale bardzo wiele od niego zależy. Kobiety mają bowiem ogromną siłę. Nikt lepiej niż kobieta nie potrafi zachwiać pewnością siebie drugiej kobiety, ale to działa także w drugą stronę – tylko my jesteśmy w stanie zmienić nasz los, wartościowanie naszej kobiecości i postrzeganie naszego rodzaju. Czy potrafimy je zmienić na lepsze?

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Dlaczego nie lubię Kopciuszka, czyli o księżniczkach słów kilka.

Bajkowe księżniczki, dzięki filmom Disneya, na stałe zapisały się w popkulturze. Baśnie, z których pochodzą, to w dzisiejszym świecie z pewnością pozytywne zjawisko, przypominają one bowiem o ponadczasowych wartościach, takich jak dobro, uczciwość, czystość i prawdziwa miłość. Popularność owych księżniczek prawdopodobnie długo jeszcze nie zgaśnie. To dobrze, że małe dziewczynki mają jakąś alternatywę dla rozpieszczonych cheerleaderek i nastoletnich piosenkarek z amerykańskich seriali.

Przyglądając się tym znanym historiom, nietrudno jednak nie zauważyć pewnych stałych schematów. Większość baśni powiela stereotypy: złe postacie zazwyczaj są również brzydkie, wystarczy przypomnieć sobie Babę Jagę, morską wiedźmę Urszulę (sama pamiętam mój dziecięcy strach przed jej upiorną twarzą i cielskiem ośmiornicy) czy wredne i paskudne siostry Kopciuszka. Sporadycznie zdarzają się przykłady kobiet pięknych, ale złych i zepsutych, jak macocha Śnieżki albo Królowa Śniegu, natomiast takiej zależności w drugą stronę nie ma praktycznie nigdzie. Główna bohaterka, niezależnie od pochodzenia i stanu majątkowego, nieodmiennie jest piękna. Posiada również wiele innych zalet, takich jak szlachetność, odwaga i wielkie serce, jednak zawsze najbardziej rzuca się w oczy jej ogromna uroda, która oczarowywuje przystojnego księcia. Losy dwojga zakochanych z początku nie są łatwe, końcem końców jednak obydwoje pokonują wszelkie przeszkody i żyją długo i szczęśliwie w swoim doskonałym świecie, wolnym od intryg, zła i brzydoty.

księżniczki Disneya

Najbardziej jaskrawym przykładem takiego stereotypowego przedstawienia kobiecości jest chyba historia o Kopciuszku. W tej baśni prawie wszystkie ludzkie postacie są ślepe i głupie. Nikt nie zauważa urody bohaterki, bo ta jest biedna, za ubranie ma jedynie stare łachmany (w wersji disneyowskiej jest to w zasadzie całkiem schludna sukienka i fartuszek, ale to oczywiście stara szmata przy wytwornych sukniach kopciuszkowych sióstr) i nie ma czasu zadbać o swój wygląd przed lustrem. Z tego też względu jest uważana za brzydactwo. Jedynie zwierzęta widzą, jak piękną jest dziewczyną, zatem namawiają ją do pójścia na bal. Kopciuszek dzięki dobrej wróżce otrzymuje karocę, piękną suknię i wszystkie te rzeczy, bez których piękna kobieta nie może się obejść, po czym rusza na bal i z miejsca staje się ukochaną księcia. Po pokonaniu kilku przeszkód młodzi pobierają się i są ze sobą szczęśliwi. Historia sama w sobie jest bardzo ładna, jednakże przesłanie, jakie ze sobą niesie, nie jest zbyt pozytywne. Czy Kopciuszek miałby jakiekolwiek szanse na zdobycie księcia, gdyby przybył na bal nieumalowany i w wytartej sukni? Czy książę zwróciłby uwagę na tak wyglądającą dziewczynę, czy też skrzywiłby się z niesmakiem i poprosił do tańca jakąś mniej urodziwą pannę, ale z odpowiednio wystylizowaną koafiurą i niedoskonałościami przykrytymi wieczorowym makijażem?

Bajka o Kopciuszku wielokrotnie powtarza się w naszym życiu. Niedostrzeganie naturalnej urody zdarza się nagminnie. W każdej szkole znajdzie się zarówno niezbyt piękna, ale zadbana dziewczyna, cieszącą się powodzeniem, jak i ładna szara myszka, której urody nikt nie zauważa. To smutne, że wiele ślicznych dziewcząt musi zmienić swój wygląd, by zostać zauważonymi przez współczesne odpowiedniki baśniowego księcia. Szkoda, że tak niewielu mężczyzn posiada bystre oczy tamtych ptaków i myszy, pozwalające dostrzec prawdziwe piękno w nieumalowanej, niemodnie ubranej dziewczynie.

Podobny wydźwięk ma baśń o Małej Syrence. Jej bohaterka, Arielka, również jest śliczną dziewczyną, obdarzoną licznymi zaletami, w tym cudownym głosem. Nic dziwnego zatem, że książę Eryk traci dla niej głowę. Jest wszakże pewien szkopuł – Arielka jest syrenką. Żeby móc osiągnąć szczęście u boku ukochanego, musi zamienić ogon na parę zgrabnych nóg (oraz zapewne kilka innych przydatnych części ciała). Kiedy intrygi wrednej Urszuli zostają wreszcie ukrócone, Arielka porzuca swój morski żywot na rzecz małżeństwa z księciem. Znów wszyscy są szczęśliwi, a najbardziej zapewne książę, który nie musiał zmieniać się ani o jotę, by dostać swoją piękną żonę.

Na tle tych historii w sposób pozytywny wyróżnia się Piękna i Bestia. Główna bohaterka, nomen omen Bella, jest oczywiście piękna i dobra, jednak w jej otoczeniu nie wszystko jest czarno-białe. Znajomy Belli, męski i umięśniony Gaston, jest przedstawiony jako płytki głupiec i podrywacz, którego bohaterka nie zaszczyca jednym spojrzeniem. Jej serce zdobywa romantyczny książę zamieniony w bestię. Dziewczyna, z początku przerażona jego nieludzką aparycją, pokonuje jednak strach i dostrzega wewnętrzne piękno Bestii. Siłą swej miłości odczarowywuje ukochanego, przywracając mu z powrotem postać księcia (czego zawsze żałowałam, czytając tę historię, moim zdaniem jako Bestia książę miał znacznie więcej uroku).

Co z tego wynika? Czyżby to, że jedynie kobieta jest w stanie zaakceptować ukochanego człowieka ze wszystkimi jego niedoskonałościami? Nie posuwałabym się aż tak daleko, w końcu to tylko baśnie (choć bardzo trafnie ukazujące ludzkie postrzeganie świata). Żałuję jednak, że wśród wielu romantycznych historii tak ciężko znaleźć choć jedną, w której bohaterka, mimo braku urody, spotyka kogoś, kto chciałby pokochać ją całym sercem i nie wymagałby od niej żadnych zmian.

Ciężko w tym momencie nie uśmiechnąć się na samo wspomnienie perypetii Shreka i Fiony. Ta sympatyczna historia to pastisz baśniowych stereotypów, pokazanie, jak bardzo ograniczone jest czarno-białe postrzeganie świata. Bohaterowie znajdują szczęście w sobie nawzajem i nie zamierzają porzucić swoich ogrzych postaci, choć mają ku temu okazję. Taka opowieść była nam wszystkim potrzebna i nie ma się co dziwić, że zdobyła tak wielką popularność i doczekała się trzech kolejnych części. Baśnie mają to do siebie, że są uniwersalne i ponadczasowe, dobrze więc, jeśli przekazują pozytywne wartości i uczą ludzi patrzeć nie tylko oczami, ale przede wszystkim sercem.

Shrek i Fiona

Szkoda, że Fiona nigdy nie znajdzie się w panteonie pięknych i stylowych disneyowskich księżniczek. Wiem, wiem, to nie Disney, tylko Dreamworks. Mimo to uważam, że towarzystwo sympatycznej ogrzycy mogłoby dobrze przysłużyć się owym wymuskanym pięknościom, dodać im nieco realizmu i uświadomić im, że są lepsze i przyjemniejsze rzeczy niż ciągła dbałość o swą urodę. Że ich piękno to tylko jedna z ich wielu znacznie ważniejszych zalet. I że wcale nie byłyby mniej wartościowe bez małżeństwa z księciem.

wtorek, 27 lipca 2010
Jak zrobić czytelniczkę w słonia.

Często zdarza się, że rzeczy mające nas podbudować, w rzeczywistości demotywują jeszcze bardziej. Żyjemy w błogiej nieświadomości i wydaje nam się, że jesteśmy całkiem w porządku, aż tu nagle, buch! dowiadujemy się, że powinnyśmy natychmiast zmienić swój sposób postrzegania samych siebie. Pół biedy, jeśli czujemy się tak po typowym artykule z kobiecego pisemka, o tym jak zwalczyć cellulit, albo po krótkiej wycieczce po plotkarskich serwisach („Kate Moss ma fałdkę na brzuchu!”, „Beyonce ma wąsy!”). Znacznie gorzej, jeżeli takie wrażenie pozostawiają artykuły, mające w zamyśle być afirmacjami i polepszaczami naszego nastroju.

prasówka


Artykuł, do którego nawiążę, ukazał się w magazynie JOY w maju 2009 i nosił tytuł „Nie jestem idealna, i co z tego?”. Brzmi fajnie, prawda? Też byłam pozytywnie nastawiona, kiedy zaczynałam go czytać. Artykuł ów opisywał relacje kilku par. Kobiety ujawniały swoje „defekty”, a mężczyźni odpowiadali, jak bardzo te wady są dla nich nieistotne. W zamierzeniu taki raport to świetna sprawa, bo uświadamia nam, jak wiele naszych wad widzimy tylko my. Dość szybko jednak okazało się, że artykuł nie jest żadną rewolucją obalającą dzisiejsze kanony urody. Żadna z pań utyskujących na swój wygląd nie wykraczała którąkolwiek stroną poza dopuszczalne ramy obowiązującej dzisiaj kobiecości. Wśród bohaterek artykułu znajdziemy: szczupłą dziewczynę ważącą 49 kg przy wzroście 170 cm, zaokrągloną kobietę o wymiarach 100/70/100 (oczywiście uważającą się za grubą), atrakcyjną blondynkę poruszającą się na wózku inwalidzkim, zgrabną młodą matkę z cellulitem i dwudziestotrzylatkę narzekającą na ogromną, jej zdaniem, pupę. Przy każdym kolejnym przykładzie moje brwi wędrowały na wyższy poziom mojego czoła. I właśnie ostatnia historia, ta o pupiastej dziewczynie, sprawiła, że nagle poczułam się mastodontem, wymagającym natychmiastowej interwencji pogotowia dźwigowego.

Owa kobieta, kształtna, uśmiechnięta blondynka, mówi o sobie tak: „Obecnie przy wzroście 178 cm ważę 70 kg. Zdaję sobie sprawę, że to trochę dużo, ale waga jest efektem regularnych ćwiczeń. Mięśnie stanowią aż 10 kg mojej masy ciała, a obwód bioder wynosi 104 cm”. I dalej następuje opis tego, jak z początku nie akceptowała samej siebie, ale w końcu pokochała swoje ciało takim jakie jest, choć czasem zdarza jej się wstydzić przed swoim facetem. Potem zaś ów chłopak wypowiada się ciepło na jej temat, pisząc o tym, jak lubi jej krągłe biodra i całą resztę. Wszystko brzmi bardzo ładnie i sympatycznie, super.

Zatem przy wzroście 1,78 m 70 kilogramów to „trochę dużo”. Ile w takim razie to w sam raz? Może 55, tak ładnie przecież wygląda. Albo chociaż 59, zawsze lepiej brzmi niż 60. A 104 centymetry w biodrach to monstrualna pupa, którą trzeba nauczyć się akceptować. Nic to, że to zaledwie 14 cm więcej niż „perfekcyjny” wymiar. Jak zatem po przeczytaniu tego artykułu ma poczuć się dziewczyna z naprawdę dużą pupą? Taka, która rzeczywiście waży za dużo? BMI bohaterki artykułu wynosi 22, czyli jest idealne. Dlaczego zatem przedstawia się ją jako zbyt krągłą, ale pewną siebie, jako inspirację dla tych niedoskonałych? Co po przeczytaniu tego artykułu pomyśli sobie pulchniejsza od niej dziewczyna, która do tej pory w ogóle nie uważała się za grubą?

Ów tekst mógł podziałać dokładnie odwrotnie niż było to jego zamierzeniem. Dlaczego? Bo nie przedstawiał żadnej kobiety z realnym defektem, naprawdę dużą (czy jakąkolwiek) nadwagą, z jakimkolwiek problemem wykraczającym poza to, co można pokazać w czasopiśmie dla pań. Gdyby choć jedna z bohaterek artykułu była naprawdę otyła, miała znaczne problemy ze skórą czy nadmiernym owłosieniem, tekst ten rzeczywiście mógłby przedstawiać jaką wartość. Tymczasem jednak jest taki jak reszta tego pisma, płytki, ugładzony i nieznośnie poprawny. Bo przecież w kobiecym piśmie nie można pokazać czegoś naprawdę nieestetycznego, jak oszpecająca blizna czy włosy na nogach. Bo przecież żadnej z nas realne problemy nie dotyczą. Bo przecież wszystkie jesteśmy głupiutkimi, próżnymi istotami z prawidłowym BMI, które trzeba uświadamiać, że wcale nie są grube.

Dlaczego zatem tak jest? Dlaczego, mimo wielu naprawdę sensownych głosów, mimo zapewnień lekarzy, znajomych i rodziny, wciąż łatwiej nam przychodzi opierać się na opiniach gwiazdeczek, dyktatorów mody i internetowych frustratów? Dlaczego dajemy sobą manipulować, dlaczego wbrew własnemu rozsądkowi pozwalamy innym wmawiać nam, że coś z nami nie w porządku? Dobitnie ilustruje to ten uroczy obrazek:

dawniej i dzisiaj
(Źródło: www.dawniejdzisiaj.pl)

Prekursorki Lobby Biuściastych, przekonywujące od kilku lat kobiety, że stanikowy alfabet nie kończy się na D, ukuły termin literkofobia. Odnosi się on do kobiet, które może i byłyby skłonne przesiąść się na prawidłowy rozmiar biustonosza, ale nie chcą dopuścić do siebie myśli, że ich „duże C” to w rzeczywistości całkiem normalne i przeciętne F czy G. Podobnie bywa w kwestiach okołowagowych, tyle że dotyczy to liczb. Według wielu osób, waga powyżej 60 kilogramów zawsze oznacza nadwagę, natomiast każda kobieta ważąca powyżej 70 kilo jest otyłym i spasionym klabzdronem, który nie powinien się pokazywać publicznie, dopóki czegoś ze sobą nie zrobi. Tymczasem dla wielu kobiet właśnie taka waga jest najbardziej odpowiednia. Różnimy się przecież wzrostem, budową ciała, gęstością kości i umięśnieniem. Nie jest więc możliwe, by istniała jedna granica dopuszczalnej wagi, po przekroczeniu której z miejsca stajemy się otyłe. Spora część z nas nigdy nie będzie ważyła tych wymarzonych 55 kilo, bo byłoby to dla nas bardzo ciężkie do osiągnięcia i utrzymania, a ponadto niezdrowe. 70 kilogramów może i wygląda strasznie na papierze, ale dla kobiet o wzroście 170-180 cm to całkowicie normalna waga. Pogodzenie się z tą liczbą, polubienie i zaakceptowanie takiej wagi zadziała na naszą samoocenę znacznie lepiej niż wytyczanie sobie nierealnych celów.

Na potrzeby tej notki odświeżyłam sobie tamten artykuł i nawiedziły mnie różne niezbyt przyjemne refleksje. Historia Dziewczyny Z Ogromną Pupą nie była jedyną, która wzbudziła mój niesmak. Na jeszcze większe potępienie zasługuje wątek niepełnosprawnej kobiety, przy zdjęciu której widnieje niezwykle odkrywczy nagłówek „Jeździ na wózku, a i tak jest sexy!” (niebywałe, prawda?). Fakt iż słowa te padły z ust ukochanego owej kobiety, również nie nastraja zbyt pozytywnie. Jeżeli normalne, ładne kobiety należy przekonywać do akceptowania samych siebie przy pomocy takich koszmarków, to co mają powiedzieć jeszcze mniej idealne od nich, które, na domiar złego, mają czelność mieć to gdzieś?

Generalnie wolałabym zatem, żeby kobiece pisma skupiły się na tym, co wychodzi im najlepiej, czyli na opisywaniu trendów w makijażu, recenzowaniu kremów na rozstępy i nieszkodliwych ploteczkach z życia gwiazd. Jeśli zaś mają zamiar poprawiać czytelniczkom humor, to niech to czynią, ale, do diabła, niech nie robią z nich idiotek, ilustrując artykuły o samoakceptacji zdjęciami zgrabnych i pięknych kobiet. Nie twierdzę, że autorzy takch reportaży nie mają dobrych chęci, bo zazwyczaj pewnie tak jest. Do tego tematu trzeba jednak podejść umiejętnie i ostrożnie, z dużą dozą delikatności. Bardzo łatwo bowiem afirmację kobiecości przemienić w cyniczną w wymowie groteskę.

 
1 , 2
inspiracje
Lobby Biuściastych
Stanikomania
Anty pro ana
Dbaj o siebie. Zobacz Podaj Dalej!

tutaj zaglądam
Ogród Balamb
Sklep z przyprawami
Fotoszopki
Dla fanów naszej-klasy
Zireael końcówkuje
Mój prywatny blog